Wczoraj pierwszy raz od niepamiętnych czasów płakałam przez faceta ;o.
Jednak okazał się jednym z tych porządnych, zaraz po tym jak mu napisałam, że jestem wkurzona i rozczarowana przeprosił iii mega się zreflektował poprawiając mi humor :D.
W ogóle to ostatnio jestem jakaś podatna na uczucia i emocje. Co ma swoje plusy i minusy oczywiście ...
Postanowiłam, że nigdy już nie kupię tych fińskich sików (czyt. piwa) z normalnego supermarketu. Od teraz w grę wchodzi tylko Alko (sieć sklepów z alkoholem mocniejszym niż 4,5% , jedyna, bo państwo ma monopol na sprzedaż takowego alkoholu!!!)
Ja - Vappu (1.05) - Centrum Helsinek
"Całkiem sam w czterech czarnych łapach"
czwartek, 17 maja 2012
czwartek, 26 kwietnia 2012
Singin
Jakiś czas temu postanowiłam zacząć pracować nad swoim głosem, bo cały czas mówię o tym a kończy się tylko na śpiewaniu pod prysznicem, albo podczas odkurzania ;P. Codziennie rano wykonuje ćwiczenia na rozgrzanie głosu, już odkryłam, że mój rodzaj głosu to alt :D. Na razie idzie całkiem nieźle, przynajmniej nie chrypię i głos mi się nie załamuje przy wykonywaniu najprostszych dźwięków.
Dzisiaj naszło mnie jakoś na wspominanie bajek Disney'a, które wzruszyły mnie w dzieciństwie. Zaliczam do nich Mulan, Małą Syrenkę, Magiczny Miecz (ale to chyba nie Disney?) i Herkulesa. No i tak od bajek przeszłam do ściężki dźwiękowej tych filmów i przez połowę dnia szukałam i śpiewałam piosenki które ubóstwiałam za dzieciaka. W którymś momencie stwierdziłam, że całkiem mi się dzisiaj podoba swój głos i katastrofalnie postanowiłam te moje śpiewanie nagrać O.o.
Wybrałam piosenkę którą w oryginalnej wersji śpiewała Celine Dion do filmu Magiczny Miecz - Legenda Camelotu.
Oryginał tutaj:
A wersja przez próbującą to zaśpiewać mnie wygląda tak:
Wiem, że wyszło dosyć lamersko, jakość to już w ogóle bez komentarza, ale do dyspozycji mam tylko swojego laptopa.
Wnioski po tym doświadczeniu: Mój mózg słyszy mój głos jako bardziej niski niż jest w rzeczywistości i ogólnie po nagraniu już to wszystko nie brzmi tak świetnie jak w momencie gdy śpiewam ;D. No ale cóż, przynajmniej spróbowałam :P.
Wiem, że jakbym więcej popracowała nad sobą to może nawet coś fajnego by z tego wyszło. Zobaczymy, czy starczy mi cierpliwości...
Dzisiaj naszło mnie jakoś na wspominanie bajek Disney'a, które wzruszyły mnie w dzieciństwie. Zaliczam do nich Mulan, Małą Syrenkę, Magiczny Miecz (ale to chyba nie Disney?) i Herkulesa. No i tak od bajek przeszłam do ściężki dźwiękowej tych filmów i przez połowę dnia szukałam i śpiewałam piosenki które ubóstwiałam za dzieciaka. W którymś momencie stwierdziłam, że całkiem mi się dzisiaj podoba swój głos i katastrofalnie postanowiłam te moje śpiewanie nagrać O.o.
Wybrałam piosenkę którą w oryginalnej wersji śpiewała Celine Dion do filmu Magiczny Miecz - Legenda Camelotu.
Oryginał tutaj:
A wersja przez próbującą to zaśpiewać mnie wygląda tak:
Wiem, że wyszło dosyć lamersko, jakość to już w ogóle bez komentarza, ale do dyspozycji mam tylko swojego laptopa.
Wnioski po tym doświadczeniu: Mój mózg słyszy mój głos jako bardziej niski niż jest w rzeczywistości i ogólnie po nagraniu już to wszystko nie brzmi tak świetnie jak w momencie gdy śpiewam ;D. No ale cóż, przynajmniej spróbowałam :P.
Wiem, że jakbym więcej popracowała nad sobą to może nawet coś fajnego by z tego wyszło. Zobaczymy, czy starczy mi cierpliwości...
niedziela, 1 kwietnia 2012
In plus
Powoli zimne północne rozpuszcza te metrowe zaspy, ale wciąż jeszcze sporo tego na horyzoncie (przynajmniej w moich "podmiejskich" okolicach). Dwa tygodnie temu odwiedziłam stare śmieci, czyli Tampere i poprzednią rodzinkę i tamten weekend napełnił mnie nową energią i przywrócił wiarę w Finlandię ;). Miałam ogromne szczęście, że na nich trafiłam, bo tacy ciepli i serdeczni ludzie rzadko się zdarzają. Mam takie wrażenie, że moja była hostka jest taką moją fajną cioteczką..
Poza tym Sampo urósł i w pół roku jak mnie nie było nauczył się angielskiego i to na prawdę zaskakująco dobrze - mówi już całymi zdaniami.
Ogólnie ostatnio jest bardziej in plus niż na minus, nawet trochę romansuję, haha!
Ale i tak się nie mogę doczekać lata iii tęskno mi... 2 lata to zdecydowanie za długo jak na dziekankę, ile się w końcu można tułać z walizami;P.
Poza tym Sampo urósł i w pół roku jak mnie nie było nauczył się angielskiego i to na prawdę zaskakująco dobrze - mówi już całymi zdaniami.
Ogólnie ostatnio jest bardziej in plus niż na minus, nawet trochę romansuję, haha!
Ale i tak się nie mogę doczekać lata iii tęskno mi... 2 lata to zdecydowanie za długo jak na dziekankę, ile się w końcu można tułać z walizami;P.
sobota, 18 lutego 2012
poniedziałek, 5 grudnia 2011
Reconnect
Ostatni miesiąc i trochę do najszczęśliwszych w moich życiu nie należał. Przede wszystkim padło mi moje okno na świat, zapełniacz czasu i relaksator, moja kochana staruszka (jednym słowem laptop;), a właściwie coś się stało z kartą dźwiękową i sieciową, co w rezultacie uczyniło ją bezużyteczną. Tymczasowo korzystałam ze starego kompa moich hostów, które ma tak kosmiczne lagi, że gorszych w życiu nie widziałam. Czasami miał nawet kilkudziesięcio-godzinne fazy, podczas których żadna aplikacja nie działała (najczęściej w weekendy fuck).
Co tu dużo mówić, nerwy miałam w strzępach, dvd w dodatku też mi nie działało (no TV), o wszystkich wydarzeniach w Dżenewie dowiadywałam się właściwie tylko z neta, więc czarna dupa.
Aż tu nagle 3 dni temu, włączam moją kochaną weterankę komputerową i wszystko zaczyna działać. No cóż, kobieta zmienną jest;].
Tak poza tym zima idzie, zimno się robić zaczyna, tracę energię życiową przez kompilację: szarobura pogoda + pracowanie po 9h dziennie (ostatnio zdarzało się nawet po 10h). Odliczam dni do przyjazdu (13!), obiecuję, że postaram się przywieźć ze sobą tak dużo taniego nietaniego wina ile dam rady.
Żubr zawsze wierny i chętny już na mnie czeka, ja to wiem;D.
Co tu dużo mówić, nerwy miałam w strzępach, dvd w dodatku też mi nie działało (no TV), o wszystkich wydarzeniach w Dżenewie dowiadywałam się właściwie tylko z neta, więc czarna dupa.
Aż tu nagle 3 dni temu, włączam moją kochaną weterankę komputerową i wszystko zaczyna działać. No cóż, kobieta zmienną jest;].
Tak poza tym zima idzie, zimno się robić zaczyna, tracę energię życiową przez kompilację: szarobura pogoda + pracowanie po 9h dziennie (ostatnio zdarzało się nawet po 10h). Odliczam dni do przyjazdu (13!), obiecuję, że postaram się przywieźć ze sobą tak dużo taniego nietaniego wina ile dam rady.
Żubr zawsze wierny i chętny już na mnie czeka, ja to wiem;D.
poniedziałek, 24 października 2011
Alpy!
Niedługo mijają już 3 miechy w Dżenewie. Zostały niecałe 2 do wizyty w Polsze;D. W sumie ciągnie się i nie ciągnie. Zdecydowany pozytyw tutaj to mój wolny czas i możliwości zwiedzania okolic. Jakoś od miesiąca odpuściłam sobie imprezy. Chyba nie dla mnie te genewskie klimaty, raz szkoda kasy (piwo na barze, po przeliczeniu zaczyna się od 25 zł w górę), druga sprawa wszystkie pub'y zamykają o 2-giej, z niektórych klubów łaskawie wykopują Cię dopiero przed 4-tą, więc zanim się człowiek porządnie rozkręci to już proszą o wyjście, jeszcze drinka sprzed nosa zabiorą:]. Wreszcie trzeci minus dla mnie: autobusy nocne, które kursują w moje okolice w zawrotnej częstotliwości 2 na noc. A 6 kilosów zapieprzać po nocy na piechotę mi się nie chce, już nawet próbować nie będę:].
Więc zaczęłam trochę aktywniej spędzać czas, 3 razy się już w góry wybrałam. Mimo, że po każdym razie umieram na zakwasy i ledwo się ruszam to wrażenia zajebyste;P. Może sobie w końcu jakąkolwiek inną kondychę niż na rower wyrobię, bo moje nogi nie pamiętają gór od czasów licealnych. Wczoraj zaliczyłam okolice Chamonix-Mont Blanc. Mont Blanc co prawda niezdobyty, ale inna alpejska górka obok tak;P (Lac Blanc 2352m). W sumie to nawet lepiej bo widoki na MB i resztę koleżków niesamowity, no i góra zdobyta o własnych siłach, a nie kolejką jak to planowałam na MB;P.
Samo Chamonix urocze, muszę tam jeszcze wrócić. Taka typowo górska wioseczka z klimatycznymi barami i kawiarniami. Mi zapachniało wczoraj świętami jak nic;).
Więc zaczęłam trochę aktywniej spędzać czas, 3 razy się już w góry wybrałam. Mimo, że po każdym razie umieram na zakwasy i ledwo się ruszam to wrażenia zajebyste;P. Może sobie w końcu jakąkolwiek inną kondychę niż na rower wyrobię, bo moje nogi nie pamiętają gór od czasów licealnych. Wczoraj zaliczyłam okolice Chamonix-Mont Blanc. Mont Blanc co prawda niezdobyty, ale inna alpejska górka obok tak;P (Lac Blanc 2352m). W sumie to nawet lepiej bo widoki na MB i resztę koleżków niesamowity, no i góra zdobyta o własnych siłach, a nie kolejką jak to planowałam na MB;P.
Samo Chamonix urocze, muszę tam jeszcze wrócić. Taka typowo górska wioseczka z klimatycznymi barami i kawiarniami. Mi zapachniało wczoraj świętami jak nic;).
| Dupy kozic;P |
| Lac Blanc (białe jezioro) |
Etykiety:
Agrentiere,
Alps,
Chamonix,
Lac Blanc. France,
Mont Blanc
środa, 14 września 2011
Swiss notes
Miałam wstawić posta dopiero po tym, jak wybiorę się na Mont Blanc i będę miała okazję pochwalić się zdjęciami, ale jako że nie udało nam się załatwić transportu, a autobusy są zdecydowanie zbyt drogie, wycieczka przełożona na kiedy indziej;].
Dzieje się, działo się, dlatego od tak dawna nie było notki;P.
Przede wszystkim wakacje w Polsce, oprócz pogody, która zawiodła na całej linii, lepsze niż mogłam sobie wymyślić. Podejrzewam, że gdyby podzielić dni spędzone w Polsce przez dni, w których gościł alkohol, to by mniej więcej wyszło, że imprezowałam co drugi dzień;P. Poza tym udało się też trochę ruszyć poza Stargard, wycieczka na stopa też zaliczona, wszyscy znajomi odhaczeni;D, więc generalnie na plusie.
Co do Genewy.. Miejsce jest świetne, na prawdę. Wokoło góry, w centrum Genewy jezioro, winnice, małe a la francuskie wioseczki, także krajobraz doprawdy uroczy. Jeśli chodzi o stronę towarzysko - imprezową też nie narzekam. Mają tu genialną stronę, dzięki której ludzie się integrują, organizują wspólne wypady, imprezy itp.. Poznałam już kilka innych au pairek z całego świata w sumie;P, w tym dwie z Finlandii. Trochę też już pozwiedzałam, w sumie Francję najwięcej, no ale Genewa z trzech stron sąsiaduje z Francją, a do granicy mam 5 min. rowerem;P.
Praca natomiast... Cóż dzieciaki dość grzeczne, może za mało samodzielne jak na ich wiek, ale w sumie mnie nie denerwują i nie mam z nimi większych problemów;], Za to uważam, że rodzice ich są nadopiekuńczy, podejrzliwi. Dużo pracuję, bo prawie 9h dziennie (co prawda dzieciaki śpią w dzień) i bardziej się czuję jak robol tutaj, a nie członek rodziny. Co prawda jestem ich pierwszą au pairką i może nie bardzo jeszcze złapali całą ideę, no ale kurde! Porównajmy na przykładzie, po jakimś czasie hostka zabroniła nam oglądać jakiekolwiek bajki, od przedwczoraj nie możemy nawet słuchać piosenek z internetu, natomiast kiedy oni wracają z pracy to pierwsze co robią, to włączają im TV, komputer, coś nie halo.. W dodatku nie możemy się oddalać za daleko od naszej okolicy (a mieszkam na takim typowym osiedlu z domkami - czyli brak czegokolwiek w pobliżu, nawet sklepu), bo to zbyt niebezpieczne dla dzieci.
Także ogólnie nie wiem, czy wytrzymam tu jeszcze ponad 9 miechów. Niby swój wolny czas mogę fajnie spędzać, ale praca niezbyt.
W dodatku po każdym dniu czuję się trochę tak, jakby mnie ktoś walcem przejechał, nie mam ochoty na nic oprócz spania. Rutyna i poranne wstawanie to najlepszy sposób, żeby mnie pozbawić energii życiowej;].
A tak poza tym plotki o cenach w Szwajcarii to najszczersza prawda!! Ceny są kosmiczne!! Tylko wino tanie;P. I mają desperadosa tutaj! I piwo ze spritem w puszce (za pół franka;), w dodatku dowiedziałam się, że taki mix nazywa się Panache.
To jak, ustawka na francuskie, tudzież włoskie wino w grudniu;)?
Tak przy okazji francuskiego to ja nadal ni w ząb, kurs zaczynam w październiku.
Achh i pogoda świetna tutaj, codziennie słonecznie, powyżej 25 stopni. Zazdrośćcie, zazdrośćcie;P.
Dzieje się, działo się, dlatego od tak dawna nie było notki;P.
Przede wszystkim wakacje w Polsce, oprócz pogody, która zawiodła na całej linii, lepsze niż mogłam sobie wymyślić. Podejrzewam, że gdyby podzielić dni spędzone w Polsce przez dni, w których gościł alkohol, to by mniej więcej wyszło, że imprezowałam co drugi dzień;P. Poza tym udało się też trochę ruszyć poza Stargard, wycieczka na stopa też zaliczona, wszyscy znajomi odhaczeni;D, więc generalnie na plusie.
Co do Genewy.. Miejsce jest świetne, na prawdę. Wokoło góry, w centrum Genewy jezioro, winnice, małe a la francuskie wioseczki, także krajobraz doprawdy uroczy. Jeśli chodzi o stronę towarzysko - imprezową też nie narzekam. Mają tu genialną stronę, dzięki której ludzie się integrują, organizują wspólne wypady, imprezy itp.. Poznałam już kilka innych au pairek z całego świata w sumie;P, w tym dwie z Finlandii. Trochę też już pozwiedzałam, w sumie Francję najwięcej, no ale Genewa z trzech stron sąsiaduje z Francją, a do granicy mam 5 min. rowerem;P.
Praca natomiast... Cóż dzieciaki dość grzeczne, może za mało samodzielne jak na ich wiek, ale w sumie mnie nie denerwują i nie mam z nimi większych problemów;], Za to uważam, że rodzice ich są nadopiekuńczy, podejrzliwi. Dużo pracuję, bo prawie 9h dziennie (co prawda dzieciaki śpią w dzień) i bardziej się czuję jak robol tutaj, a nie członek rodziny. Co prawda jestem ich pierwszą au pairką i może nie bardzo jeszcze złapali całą ideę, no ale kurde! Porównajmy na przykładzie, po jakimś czasie hostka zabroniła nam oglądać jakiekolwiek bajki, od przedwczoraj nie możemy nawet słuchać piosenek z internetu, natomiast kiedy oni wracają z pracy to pierwsze co robią, to włączają im TV, komputer, coś nie halo.. W dodatku nie możemy się oddalać za daleko od naszej okolicy (a mieszkam na takim typowym osiedlu z domkami - czyli brak czegokolwiek w pobliżu, nawet sklepu), bo to zbyt niebezpieczne dla dzieci.
Także ogólnie nie wiem, czy wytrzymam tu jeszcze ponad 9 miechów. Niby swój wolny czas mogę fajnie spędzać, ale praca niezbyt.
W dodatku po każdym dniu czuję się trochę tak, jakby mnie ktoś walcem przejechał, nie mam ochoty na nic oprócz spania. Rutyna i poranne wstawanie to najlepszy sposób, żeby mnie pozbawić energii życiowej;].
A tak poza tym plotki o cenach w Szwajcarii to najszczersza prawda!! Ceny są kosmiczne!! Tylko wino tanie;P. I mają desperadosa tutaj! I piwo ze spritem w puszce (za pół franka;), w dodatku dowiedziałam się, że taki mix nazywa się Panache.
To jak, ustawka na francuskie, tudzież włoskie wino w grudniu;)?
Tak przy okazji francuskiego to ja nadal ni w ząb, kurs zaczynam w październiku.
Achh i pogoda świetna tutaj, codziennie słonecznie, powyżej 25 stopni. Zazdrośćcie, zazdrośćcie;P.
| Nie żebym wpadała w samozachwyt, ale uwielbiam to zdjęcie. Mont Blanc w tle:). |
Subskrybuj:
Posty (Atom)